czwartek, 26 lipca 2012

Wodospad Tawanmangu

Nareszcie przyszła pora żeby tutaj zajrzeć ....
W związku z tym że ostatnio wiele się wydarzyło nie było za bardzo czasu na to żeby coś tutaj wrzucić ... ale myślę że tym razem to nadrobię ...
... dzisiaj można powiedzieć - dzień jak co dzień - poranek spędzony w pokoju nauczycielskim na wspólnych dyskusjach jak to zmusić studentów do tego żeby zaczęli się uczyć ... taka nauczycielska filozofia, niestety nie zawsze skuteczna ...

... w ostatni weekend była za to okazja żeby wybrać się za miasto ... tym razem wybór padł na wodospad Tawanmangu który jest około 50km od Solo. no miejsce - co tu dużo gadać - niesamowite! gdzieś w środku dżungli wspinaczka na wodospad w towarzystwie małp które są dosłownie wszędzie ...


Z nimi oczywiście trzeba uważać bo te 'bestie' już trochę się wycwaniły ... można powiedzieć że kradną już wszystko ... trzeba mieć oko na sprzęty takie jak kamera czy aparat ale też lepiej unikać posiłków ... ale co ciekawe małpia mafia najlepiej działa na parkingu ... ta 'grupa przestępcza' penetruje każdy motor i każdy samochód ... jeśli ktoś przez przypadek zapomni zamknąć okna w samochodzie może być zaskoczony po powrocie ... co nie zmienia faktu że te małpie istoty są urocze i chyba już przyzwyczaiły się do obecności ludzi ... 
Sam wodospad znajduje się wysoko w górach ... powietrze tam jest bardzo orzeźwiające - po drodze można było wyłączyć samochodową klimatyzację i najzwyczajniej otworzyć okna żeby się trochę 'ochłodzić' ... o widokach chyba nie muszę wspominać - one nigdy nie rozczarowują ... często mam wrażenie że punkt docelowy naszych wycieczek nie robi takiego wrażenia jak widoki po drodze ... 
w drodze powrotnej z wodospadu nie zatrzymaliśmy się na 'lunch' w KFC ... jakiego rodzaju KFC to było - tutaj muszę odesłać do zdjęć na FB ... ale może dwa słowa o menu ... co wy na to: hot&spicy chicken skin albo crispy chicken feets a może ktoś woli chicken head ? Wiem, brzmi wybornie! co ciekawe walory smakowe 'indonezyjskiego kfc' są zadawalające ... nie myślałem że kurza skóra w panierce może być taka dobra!




... w budce obok znaleźliśmy też coś do zjedzenia na deser ... na dobrą sprawę 'chicken' był syty więc nie miałem ochoty na nic więcej ... ale moi indonezyjscy przyjaciele powiedzieli że muszę tego spróbować bo podobno tzw. 'pisang molen' to niebo w gębie ... 
No i tutaj też trzeba przyznać im rację! Banan owinięty francuskim kruchym ciastem i zapieczony ... podawany z posypką czekoladową albo cukrem pudrem ... wooooow ! może głody nie byłem ale zjadłem tego chyba z pół kilo ! jednym słowem - rewelacja! Pisang czyli banan to też moje odkrycie w Indonezji ... nie podejrzewałem że smażony czy pieczony banan może być taki dobry ! W związku z tym trzeba będzie wprowadzić ten przepis kulinarny do naszej polskiej kuchni tuż po powrocie ....


no nic, napisał bym więcej ale przerwa się kończy więc trzeba śmigać na lekcje ...
'do następnego'

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz