wtorek, 25 września 2012

Di rumah baru czyli w moim nowym domu ...


tak, rzeczywiście trochę rzeczy się u mnie zmieniło ...
jedną z najważnieszjszych i wg mnie najbardziej korzystnych zmian moje nowe miejsce zamieszkania ...
mieszkam teraz na Jalan Grafika Utama o numerze 3A...
na osiedlu o zaszczytnej nazwie 'Grafika Residence'



dla ciekawych napisze że koszt wynajęcia takiego domu to rocznie około 10 milionów ;) Nie, nie - nie stać Cię ;D

to domek w bardzo spokojnej okolicy ...




mam swoje własne 4 kąty ...
a dokładnie 2 salony przy czym jeden zamieniłem w sypialnię ...




2 sypialnie ale tylko z jednej korzystam ;)



kuchnię która co ciekawe jest na zewnątrz w ogródku ...


toileten bez którego by się nie obyło ... z tradycyjnym 'bak mandi' czy prysznicujemy się polewając się z wiaderka ...


jeden pokój gospodarczy...
no i taras czyli miejsce gdzie spędzam najwiecej czasu ...

jejku jak to dobrze jest móc odpić z rana kawę na ogródku ...
w Indonezji dominują osiedla z domkami jednorodzinnymi ... żadko kiedy można tutaj zobaczyć apartamentowce czy bloki - wyjątkiem jest Dżakarta czyli stolica kraju ...
pojęcie domek jednorodzinny też znacznie się różni od tego naszego 'polskiego'
domek tutaj to z regóły około 50-70 metrow kwadratowych - czyli coś na miarę polskiego mieszkania w bloku ...

no i mieszka ze mną jedna współlokatorka ... to naprawdę urocza istota - sami oceńcie ...



oczywiście poznałem też wszystkich sąsiadów ...

W Indonezji zwyczajem jest że na każdej ulicy sąsiedzi raz w roku spotykają się wszyscy razem ...
nazywają to z arabskiego Halal Bihalal .. to czas w którym sąsiedzi przebaczają sobie wzajemnie wszystkie winy ... czas na spotaknie, rozmowę, wspólny posiłek i co najlepsze śpiewy i tańce ...

i wszystko się odbywa na środku ulicy!

możecie sobie wyobrazić moje zaskoczenie jak moja sąsiadka Anggrita zapukała i zaprosiła mnie żebym się przyłączył ...




przecież w Polsce z moimi sąsiadami spotykam się z regóły .... w sądzie ! swoją drogą serdecznie pozdrawiam tych spod 10tki !

miałem okazję spróbować domowych wypieków i potraw ...
pośpiewać na karaoke ...
i podszkolić moj język bo jak można się domyślić nieliczni rozmawiają po angielsku ...
ze zrozumieniem róźnie to bywa ... ale nawet jak ni w ząb nie rozumiem nie stanowi to większego problemu ...

co za wieczór!
no i jak tu nie przepadać za Indonezją! teraz jak poprosze o cokolwiek - podwiezienie do miasta czy szklanka cukru - zawsze mogę liczyć na pomoc ...

w Indonezji poznałem inny wymiar życzliwości ! prawdą jest że tam gdzie ludzie nie mają podzielą się ostatnim kawałkiem tego co jeszcze gdzieś się uchowało ! ...

co za miejsce!
no poprostu je uwielbiam!




poniedziałek, 24 września 2012

Dieng Plateau


Dieng Plateau !
Co za niesamowite miejsce ..
nareszcie - za 3 podejściem - udało mi się tam zawitać ...

przygotowań jako takich nie było ...
zasiedliśmy ze znajomymi na motory i w drogę !




..4 godziny  ... całe długie cztery godziny żeby dojechać na wulkan Dieng!
czy nudne? w żadny razie! Widoki po drodze na wulkan poprostu zwalały z nóg !



co ciekawe sam wulkan ma wysokość 2,093 metrów n.p.m. - to jest wysokość na jakiej nawet w upalnbej Indonezji zaczyna być chłodno ...
póki świeciło słońce było w miarę znośnie ... ale jak słońce zaszło nie trafiał ząb na zęba ... ja nie pamiętam kiedy ostatnimi czasy tak zmarzłem ...
oczywiście jak mówili mi - weź bluze bo będzie zimno - odpowiadałem że mi zimno nie straszne bo przecież w Polsce mamy nie takie mrozy - no ale się przeliczyłem ...
bo 7 miesiącach w skąpanej w słońcu Azji przy 8 stopniach ( na plusie) wymiękłem .... MRÓZ że nawet krew w żyłach zamarza!

pierwszym miejscem jakie odwiedziliśmny na Dieng było jezioro które znajduje się w kraterze ...
jezioro o tysiącach kolorów ...



póżniej pojechaliśmy na miejsce w którym można zobaczyć że Dieng to ciągle aktywny wulkan ...
potężne ilości siarki wydobywające się z wnętrza Ziemii i gotująca się w niej magma ... wooow!




żałuję tylko że nie można zamieścić tutaj zapachu powyższych oparów ...
zbuki przy tym to ambrozja!

ostatnim razem - w 1979 roku kiedy Dieng eksplodował zabił 149 osób które mieszkają w pobliżu wulkanu ...  i co ciekawe nie zabiła ich lawa czy wydobywający się z wulkanu pył wulkaniczny ...
gdy usłyszeli wybuch i poczuli wstrzący zaczęli uciekać - nie świadomi tego że z wnętrza Ziemii wydobywają się też ogromne ilości zabójczego CO2 ...

po całodziennej wizycie na wulkanie - kiedy zimno naprawdę dawało się we znaki wyruszyliśmy na poszukiwania hotelu ...

Hotel Dieng okazał się najlepszym wyborem ...
umiejscowiony pomiędzy dwoma szczytami - Sindoro i Sumbing - przywitał sam takim widokiem z hotelowego pokoju ...


przy okazji zakupiłem też magiczne zioło na potencję które rośnie tylko na wulkanie Dieng zwane 'purwoceng' i miałem okazje skosztować unikalnego owocu - carica - który też rosnie tylko w tym rejonie ...

Dieng to z pewnością miejsce do którego chce się wracać!


Kuala Lumpur


jakoś tak wyszło że ostatnimi czasy długo mnie tutaj nie było ...
więc pora pare rzeczy uaktualnić ...

a więc ... hmmm ...
z Solo po dwóch miesiącach przerwy znowu zawitałem w Semarang ...
jeszcze przed wyjazdem do Solo zobowiązałem się po powrocie uczyć jeszcze w 2 miesiące w publicznym liceum SMK 11 w Semarang ...
ale zanim zacząłem miałem jeszcze 2 tygodnie wakacji które oczywiście trzeba było wykorzystać na 101% ...
żeby nie było tak pięknie 21 sierpnia musiałem lecieć do Kuala Lumpur dlatego że Urząd Imigracyjny odmówił przedłużenia wizy ...
tak też z Solo poleciałem prosto do KL - w sumie tylko na jeden dzień - żeby następnego dnia wrócić i wbić w paszport tak zwaną VOA - Visa on arrival - na 30 dni.
normalnie odwiedził bym Ambasadę ale 21 sieprpnia to w krajach muzułmański 'święty' czas z powodu kończącego się Ramadanu - tak więc wszystkie urzędy jak można się domyśleć były zamknięte ...

od 22 sieprnia byłem w Indonezji na wizie 30 dniowej ... a że czas leci nieubłagalnie szybko to i te 30 dni zleciało w mgnieniu oka ...
w związku z tym że VOA nie można przedłużyć w Urzędzie Imigracyjnym 18 września znowu wybrałem się do Kuala Lumpur z tą samą misją - uderzyć na Amabasadę Indonezji i błagać o wizę ...

więc może najpierw parę słów o wypadzie do KL ...
Co prawda to już moja piąta wizyta w KL ale to miasto zawsze potrafi zachwycić ...
już na samym początku w hostelu czekała mila niespodzianka - pomimo tego że zarezerwowałem miejsce w dormie to jak przyjechalem wszystkie dormy były juz zajete wiec umieszczono mnie w pokoju jednoosobowym ... - i to lubię!
a już następnego dnia rano zacząłem swoją wędrówkę do Ambasady ...

tak więc pojazdem rodem ze Star Trek'a wyruszyłem ze stacji Monorail'a o uroczej nazwie Maharajalela [pl.Maharadżalela] ...




wysiadka na stacji Bukit Bintang i stamtąd 20 min. marszu do Jalan Tun Razak czyli ulicy na której znajduje się Ambasada ...

widoki po drodze co by nie było - urocze!



Tak więc po 40 minutach w drodze 'lekko' zmęczony - przy 36 stopniowym upale ciężko jest tryskać energią - dotarłem do Indonezyjskiej Ambasady która ...
no właśnie ... która przywitała mnie jak by to powiedzieć 'skromną' kolejką ...



po zajęciu miejsca w kolejce - odstałem dobre 2,5 godziny - doczekałem się rozmowy z konsulem który po zadaniu miliona pytań - dlaczego?, po co?, na co?, na ile?, za ile?, gdzie? itp. - wreszcie przyjął moją aplikację i powiedział żeby przyjść następnego dnia po paszport...
kolejne 40 min to powrót do hostelu tą samą drogą ...
Chyba nie muszę mówić jak męczące to było :) więc ostanimi siłami zjadłem jeszcze obiad na China Town i po powrocie do pokoju zwyczajnie poległem...


a propo obiadu - te trzy sosy czynią cuda - Chińczycy naprawdę wiedzą jak mieszać smaki ...



każdy z osobna jest 'niezjadliwy' ale pomieszane razem - niebo w gębie. Tak więc mój obiad - zupa, ryż, pierś z kurczaka, warzywa i dzbanek chińskiej herbaty kosztował mnie 6 MYR (=6,50 zł) - i to lubię!
obudziłem się następnego dnia z misją 'odbiór paszportu'...

tym razem kolejki w Ambasadzie nie było więc po 30 min. oczekiwania - wniesieniu opłaty 170 MYR - otrzymałem moją upragnioną wizę na 60 dni pobytu w Indonezji !
w związku z tym że pełen jeszcze byłem pełen energii wybrałem się do ... Petronas Tower - czyli wież z których słynie Kuala Lumpur jak i zresztą cała Malezja - są to jedne z najwyższych wież na świecie ...

najpierw wstąpiłem do Kinokunya, księgarni w KLCC Suria czyli centrum handlowym które znajduje się pod Petronas Tower ... tam dokonałem upragnionego zakupu ...



jak już miałem swoją nową książkę - co ciekawe napisaną po angielsku, kupioną w Malezji a opowiadającą historię Polskiej rodziny z Warszawy w czasie II wojny światowej  - postanowiłem od razu zabrać się za lekturę ...
tak więc za wieżami jest park w którym wypatrzyłem wolną ławkę ... legnąłem się na niej ... i zamiast zacząć czytać urzekł mnie widok jaki miałem przed sobą ...



te wieże naprawdę robią wrażenie ...
gdy już przyszedł czas na rozdział pierwszy z ksiązki nispodziewanie uruchomiły się fontanny ...



no nie szło się skupić na książce więc poddałem się kontemplacji z otoczeniem ... bo w końcu nie zawsze leży się w Mazleji pod Petronas Towers i podziwia 'tańczące' fontanny ...
niepostrzeżenie była już 21:00 więc trzeba było wracać do hostelu ..

tak więc książka doczekała się swego dopiero następnego dnia w samolocie w drodze powrotnej do Indonezji ...
...mojej kochanej Indonezji !