poniedziałek, 24 września 2012

Kuala Lumpur


jakoś tak wyszło że ostatnimi czasy długo mnie tutaj nie było ...
więc pora pare rzeczy uaktualnić ...

a więc ... hmmm ...
z Solo po dwóch miesiącach przerwy znowu zawitałem w Semarang ...
jeszcze przed wyjazdem do Solo zobowiązałem się po powrocie uczyć jeszcze w 2 miesiące w publicznym liceum SMK 11 w Semarang ...
ale zanim zacząłem miałem jeszcze 2 tygodnie wakacji które oczywiście trzeba było wykorzystać na 101% ...
żeby nie było tak pięknie 21 sierpnia musiałem lecieć do Kuala Lumpur dlatego że Urząd Imigracyjny odmówił przedłużenia wizy ...
tak też z Solo poleciałem prosto do KL - w sumie tylko na jeden dzień - żeby następnego dnia wrócić i wbić w paszport tak zwaną VOA - Visa on arrival - na 30 dni.
normalnie odwiedził bym Ambasadę ale 21 sieprpnia to w krajach muzułmański 'święty' czas z powodu kończącego się Ramadanu - tak więc wszystkie urzędy jak można się domyśleć były zamknięte ...

od 22 sieprnia byłem w Indonezji na wizie 30 dniowej ... a że czas leci nieubłagalnie szybko to i te 30 dni zleciało w mgnieniu oka ...
w związku z tym że VOA nie można przedłużyć w Urzędzie Imigracyjnym 18 września znowu wybrałem się do Kuala Lumpur z tą samą misją - uderzyć na Amabasadę Indonezji i błagać o wizę ...

więc może najpierw parę słów o wypadzie do KL ...
Co prawda to już moja piąta wizyta w KL ale to miasto zawsze potrafi zachwycić ...
już na samym początku w hostelu czekała mila niespodzianka - pomimo tego że zarezerwowałem miejsce w dormie to jak przyjechalem wszystkie dormy były juz zajete wiec umieszczono mnie w pokoju jednoosobowym ... - i to lubię!
a już następnego dnia rano zacząłem swoją wędrówkę do Ambasady ...

tak więc pojazdem rodem ze Star Trek'a wyruszyłem ze stacji Monorail'a o uroczej nazwie Maharajalela [pl.Maharadżalela] ...




wysiadka na stacji Bukit Bintang i stamtąd 20 min. marszu do Jalan Tun Razak czyli ulicy na której znajduje się Ambasada ...

widoki po drodze co by nie było - urocze!



Tak więc po 40 minutach w drodze 'lekko' zmęczony - przy 36 stopniowym upale ciężko jest tryskać energią - dotarłem do Indonezyjskiej Ambasady która ...
no właśnie ... która przywitała mnie jak by to powiedzieć 'skromną' kolejką ...



po zajęciu miejsca w kolejce - odstałem dobre 2,5 godziny - doczekałem się rozmowy z konsulem który po zadaniu miliona pytań - dlaczego?, po co?, na co?, na ile?, za ile?, gdzie? itp. - wreszcie przyjął moją aplikację i powiedział żeby przyjść następnego dnia po paszport...
kolejne 40 min to powrót do hostelu tą samą drogą ...
Chyba nie muszę mówić jak męczące to było :) więc ostanimi siłami zjadłem jeszcze obiad na China Town i po powrocie do pokoju zwyczajnie poległem...


a propo obiadu - te trzy sosy czynią cuda - Chińczycy naprawdę wiedzą jak mieszać smaki ...



każdy z osobna jest 'niezjadliwy' ale pomieszane razem - niebo w gębie. Tak więc mój obiad - zupa, ryż, pierś z kurczaka, warzywa i dzbanek chińskiej herbaty kosztował mnie 6 MYR (=6,50 zł) - i to lubię!
obudziłem się następnego dnia z misją 'odbiór paszportu'...

tym razem kolejki w Ambasadzie nie było więc po 30 min. oczekiwania - wniesieniu opłaty 170 MYR - otrzymałem moją upragnioną wizę na 60 dni pobytu w Indonezji !
w związku z tym że pełen jeszcze byłem pełen energii wybrałem się do ... Petronas Tower - czyli wież z których słynie Kuala Lumpur jak i zresztą cała Malezja - są to jedne z najwyższych wież na świecie ...

najpierw wstąpiłem do Kinokunya, księgarni w KLCC Suria czyli centrum handlowym które znajduje się pod Petronas Tower ... tam dokonałem upragnionego zakupu ...



jak już miałem swoją nową książkę - co ciekawe napisaną po angielsku, kupioną w Malezji a opowiadającą historię Polskiej rodziny z Warszawy w czasie II wojny światowej  - postanowiłem od razu zabrać się za lekturę ...
tak więc za wieżami jest park w którym wypatrzyłem wolną ławkę ... legnąłem się na niej ... i zamiast zacząć czytać urzekł mnie widok jaki miałem przed sobą ...



te wieże naprawdę robią wrażenie ...
gdy już przyszedł czas na rozdział pierwszy z ksiązki nispodziewanie uruchomiły się fontanny ...



no nie szło się skupić na książce więc poddałem się kontemplacji z otoczeniem ... bo w końcu nie zawsze leży się w Mazleji pod Petronas Towers i podziwia 'tańczące' fontanny ...
niepostrzeżenie była już 21:00 więc trzeba było wracać do hostelu ..

tak więc książka doczekała się swego dopiero następnego dnia w samolocie w drodze powrotnej do Indonezji ...
...mojej kochanej Indonezji !

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz