niedziela, 29 lipca 2012

Borobudur

Borobudur to naprawdę niesamowite miejsce...


Historia tej świątyni i jej umiejscowienie - w dolinie pomiędzy dwoma wciąż aktywnymi wulkanami na Jawie, Sumbing i Merapi - naprawę robi wrażenie. Co ciekawe powstała w VIII w n.e. czyli około 400 lat wcześniej niż słynny Angor Wat w Kambodży. Sama nazwa pochodzi od "vihara Budda ohr" co oznacza "buddyjski klasztor na wzgórzu". O wczesnej historii świątyni wiadomo niestety niewiele ale jedno jest pewne - taka budowla musiała być kolosalnym przedsięwzięciem wymagającym pracy prawdziwej armii robotników którzy pracowali w tropikalnym upale. Prawdopodobnie konstrukcja samej świątyni trwała około 75 lat.

 
Składa się ona z 9 platform które ozdobione są rzeźbami z życia Buddy - po prawej stronie szlaku są to rzeźby przedstawiające koleje jego ludzkiego życia aż do przejścia w stan Nirwany, natomiast po lewej historia wszystkich etapów jego inkarnacji zanim stał się człowiekiem...


Oczywiście znaczenie symboliczne jest dużo głębsze. Każda z platform symbolizuje kolejne poziomy mądrości które potrzebne są do osiągnięcia oświecenia Buddy. Jednak najbardziej spektakularne wydają się być trzy górne tarasy na których można znaleźć 92 potężne 'stupy' a prawie w każdej z nich posąg medytującego Buddy...



Dużo by pisać o samej świątyni ... Pan przewodnik zasypywał nas ciekawostkami... chociażby w 2010 roku Borobudur został w dużej mierze naruszony z powodu potężnej erupcji wulkanu Merapi. UNESCO pomagało przy jego oczyszczaniu z wulkanicznego pyłu który gdyby nie został usunięty sprzyjał by szybszej erozji skał z której świątynia jest zbudowana ... 

.... także stwierdzam że podróż na Borobudur była warta wysiłku i poniesionych kosztów [ cena wstępu przypomina bardziej europejską niż indonezyjską - 180.000 Rp. = 20 USD ] ... zwłaszcza że okolica w której znajduje się świątynia robi ogromne wrażenie ...
także jeśli ktoś planuje odwiedzić Centralną Jawę myślę że Borobudur powinien być jednym z punktów docelowych takiej podróży ...



sobota, 28 lipca 2012

Praca i jej uroki

... chociaż zaczął się weekend i jest już trochę późno to pomyślałem że przydałoby się umieścić tutaj coś o moim miejscu pracy ...
moja szkoła - International Hotel Management School - sama w sobie jest szkołą prywatną ... jako że opłaty za naukę w Indonezji są wysokie można wnioskować że i sama szkoła prezentuje się całkiem nieźle ...
Ponieważ mieszkam w domu Pani Dyrektor to codziennie rano razem jeździmy do pracy ... tak więc w Recepcji zawsze czeka na nas komitet powitalny ...


"Selamat Pagi Ibu" i "Good Morning Mister Bartek" to słowa z którymi każdego dnia zaczynam swój dzień w pracy ..
Lekcje z reguły zaczynają się o 08:30 i kończą koło godziny 16:00 .. ale czas leci bardzo szybko ... w międzyczasie oczywiście jest godzina przerwy żeby odwiedzić kantynę i dowiedzieć się co w 'trawie' piszczy
...swoją drogą, cały czas który spędzałem w szkolnej ławce obiecywałem sobie że jak któregoś dnia będę nauczycielem to będę najgorszym belfrem jakiego można sobie wyobrazić ...
ale niestety rzeczywistość szybko zweryfikowała moje plany ... 
no bo jak nie uwielbiać studentów którzy na pytanie 
- Do you like football? odpowiadają ...
- Yes mister ... 
- Who is your favorite football player? 
- Yes mister ...

albo gdy pytam:
- Do you have brother or sister?
- Yes, I have one sister.
- Ok, she is older or younger ?
- No, no! She is my sister !

Myślę że życia w indonezyjskiej szkole nie da się nie lubić ... To jest przyjemność sama w sobie! Zwłaszcza jeśli w sali w której się uczy jest projektor, klimatyzacja i Hot Beverages Service na telefon ...  


No i do tego jeszcze pracownicy z Accademic Office ... zawsze uśmiechnięci i pomocni ... 
mamy już nawet swoją grupę wsparcia jak trzeba zrobić cichą dezercję ze szkoły bo najzwyczajniej nie ma co robić ... albo ogarnia nas zmęczeniowa głupawka... 

Od lewej: Ja, Elida, Fatma, Siska, Ibu Ema i Pak Miko.

to wszystko razem jak się zbierze w całość powoduje że praca nauczyciela może by przyjemna.. dlatego serce mi krwawi że za 2 tygodnie będę musiał opuścić IHS...
wrrr ....
ale kto wie ... może jeszcze kiedyś tu wrócę .... 
TAK! Tej myśli będę się kurczowo trzymał !





Plan na weekend - Borobudur

ok, w związku z tym że nie wszyscy mają dostęp do mojego FB pora żeby tutaj też pododawać parę zdjęć ... może na te zaległe już trochę za późno ale te nowe będę wrzucał na bieżąco ...
Ostatnio zbyt wiele się u mnie nie działo ale trzeba trochę sytuację ożywić ...

...po długich przemyśleniach postanowiłem wybrać się jutro na Borobudur ... co to takiego ? ...
Jest to buddyjska świątynia na Jawie, na obszarze porośniętej dżunglą równiny Kedu, powstała pomiędzy 750 a 850 r. n.e., kiedy nad Jawą panowała zhinduizowana dynastia Śailendrów. Ta buddyjska świątynia wyrosła z mniejszego zamierzenia architektonicznego poświęconego Śiwie. Jest jednym z największych obiektów kultu buddyzmu na świecie...
Wszyscy mówią że to jawajskie - MUST SEE - więc co by nie było trzeba i tam nogę postawić ...



..co ciekawe jak powiedziałem o moim planie domownikom postanowili się przyłączyć do mojej wyprawy...
tak więc nie tylko pojadę na Borobudur ale jeszcze mnie tam zawiozą ... no i to się nazywa Szczęście ..



... na temat wrażeń z wyprawy to może napiszę jutro zaraz po powrocie ...



czwartek, 26 lipca 2012

Wodospad Tawanmangu

Nareszcie przyszła pora żeby tutaj zajrzeć ....
W związku z tym że ostatnio wiele się wydarzyło nie było za bardzo czasu na to żeby coś tutaj wrzucić ... ale myślę że tym razem to nadrobię ...
... dzisiaj można powiedzieć - dzień jak co dzień - poranek spędzony w pokoju nauczycielskim na wspólnych dyskusjach jak to zmusić studentów do tego żeby zaczęli się uczyć ... taka nauczycielska filozofia, niestety nie zawsze skuteczna ...

... w ostatni weekend była za to okazja żeby wybrać się za miasto ... tym razem wybór padł na wodospad Tawanmangu który jest około 50km od Solo. no miejsce - co tu dużo gadać - niesamowite! gdzieś w środku dżungli wspinaczka na wodospad w towarzystwie małp które są dosłownie wszędzie ...


Z nimi oczywiście trzeba uważać bo te 'bestie' już trochę się wycwaniły ... można powiedzieć że kradną już wszystko ... trzeba mieć oko na sprzęty takie jak kamera czy aparat ale też lepiej unikać posiłków ... ale co ciekawe małpia mafia najlepiej działa na parkingu ... ta 'grupa przestępcza' penetruje każdy motor i każdy samochód ... jeśli ktoś przez przypadek zapomni zamknąć okna w samochodzie może być zaskoczony po powrocie ... co nie zmienia faktu że te małpie istoty są urocze i chyba już przyzwyczaiły się do obecności ludzi ... 
Sam wodospad znajduje się wysoko w górach ... powietrze tam jest bardzo orzeźwiające - po drodze można było wyłączyć samochodową klimatyzację i najzwyczajniej otworzyć okna żeby się trochę 'ochłodzić' ... o widokach chyba nie muszę wspominać - one nigdy nie rozczarowują ... często mam wrażenie że punkt docelowy naszych wycieczek nie robi takiego wrażenia jak widoki po drodze ... 
w drodze powrotnej z wodospadu nie zatrzymaliśmy się na 'lunch' w KFC ... jakiego rodzaju KFC to było - tutaj muszę odesłać do zdjęć na FB ... ale może dwa słowa o menu ... co wy na to: hot&spicy chicken skin albo crispy chicken feets a może ktoś woli chicken head ? Wiem, brzmi wybornie! co ciekawe walory smakowe 'indonezyjskiego kfc' są zadawalające ... nie myślałem że kurza skóra w panierce może być taka dobra!




... w budce obok znaleźliśmy też coś do zjedzenia na deser ... na dobrą sprawę 'chicken' był syty więc nie miałem ochoty na nic więcej ... ale moi indonezyjscy przyjaciele powiedzieli że muszę tego spróbować bo podobno tzw. 'pisang molen' to niebo w gębie ... 
No i tutaj też trzeba przyznać im rację! Banan owinięty francuskim kruchym ciastem i zapieczony ... podawany z posypką czekoladową albo cukrem pudrem ... wooooow ! może głody nie byłem ale zjadłem tego chyba z pół kilo ! jednym słowem - rewelacja! Pisang czyli banan to też moje odkrycie w Indonezji ... nie podejrzewałem że smażony czy pieczony banan może być taki dobry ! W związku z tym trzeba będzie wprowadzić ten przepis kulinarny do naszej polskiej kuchni tuż po powrocie ....


no nic, napisał bym więcej ale przerwa się kończy więc trzeba śmigać na lekcje ...
'do następnego'

poniedziałek, 16 lipca 2012

Wizyta w Warung'u

Indonezja i jej smaki!
Dzisiaj postanowiłem iść na całość ... zresztą często mi się to zdaża ... co mam na myśli?...
W związku z tym że przyskrzynił mnie głód po powrocie ze szkoły postanowiłem wyjść coś zjeść. Co tym razem? Jako że skosztowałem dotychczas wszystkie potrawy których nazwy wiem co znaczą dzisiaj przyszedł czas żeby zaryzykować... wybrałem się do warungu koło domu ...
gdy już zająłem wygodnie miejsce - tutaj często do jedzenia zasiada się na podłodze przy czymś co przypomina polską ławę - i wymieniłem uśmiech z Panią właścicielką, wypadało by coś zamówić.
Tylko teraz co wybrać: Soun czy Cap Jal? a może Cap Cay? ... tyle mi te nazwy mówią co i Wam a nieznajomość języka uniemożliwia zapytanie o potencjalną zawartość talerza ...
tym razem zdecydowałem się zamówić Timlo, cokolwiek by to nie było wierzę że będzie dobre ...
przy zamówieniu Pani tylko zapytała czy 'sama nasi' [pl. z ryżem] a ja na szczęście jeszcze tyle jestem w stanie zrozumieć... więc tylko pokornie przytaknąłem ...
no i nastał czas na nerwowe oczekiwanie ...
oczywiście kociołek rozgrzany do czerwoności ....
Na początek Ibu przynosi mi sos ketchup & sambel na małym talerzyku - UWAGA: jeśli któregoś dnia zagościcie w tym niezwykłym miejscu pamiętajcie że jak poprosicie o ketchup to dostaniecie gęsty i czarny, lekko słodkawy sos sojowy, który nie ma nic wspólnego z pomidorami; natomiast ketchup tutaj to po prostu 'tomato sos' choć nie jest on popularny i często spotykany ... - do tego po chwili dostaję wielką miskę smażonych kotlecików które w środku zawierają ziarna soi i orzeszki ziemne ...
na trzecim talerzyku są pokrojone drobno ogórki które w gruncie rzeczy są lekko słodkawe ... są w jakiś sposób marynowane przed podaniem to powoduje że w smaku są wyborne ...
przychodzi pora na danie główne ... co tym razem ?
pierwsza miska zawiera gotowany ryż posypany prażoną cebulką co tutaj nie jest zbyt dużym zaskoczeniem, zawartość drugiego pozostaje zagadką ... wygląda trochę jak zupa ... i rzeczywiście jest to coś w rodzaju bardzo intensywnego w smaku wywaru w którym zatopione są różności ...gotowane żołądki, wątróbki i serca drobiowe to główna część składowa ... no i teraz zgaduje czym jest timlo - coś w stylu małych kuleczek naleśnikowych które są tak jak by obtoczone w mące i jeszcze raz podsmażone i pływają sobie swawolnie w tym wywarze ... oczywiście nie zabrakło w środku indonezyjskiego telor [pl. jajko], które tutaj wygląda specyficznie dlatego że po gotowaniu jest moczone w jakimś wywarze który powoduje że białko staje się brązowe ... i to wszystko razem wzięte stworzyło moją dzisiejszą kolację ...
jakie wrażenia smakowe ? i tym razem indonezyjska kuchnia mnie nie zawiodła ! Niebo w gębie!

swoją drogą trzeba teraz jeść za dwóch dlatego że zbliża się najważniejsze w roku święto muzłumańskie zwane 'Ramadanem' które poprzedza 30 dniowy post ... co to oznacza?
na śniadanie wstaje się około godziny 3 w nocy dlatego że po wschodzie słońca nie można nic jeść ani pić ...kolejny posiłek będzie dopiero koło 17:30 jak słońce już zajdzie a 'muazin' [islamski kapłan] zacznie nawoływać do modlitwy ...
łatwo się domyślić że w tropikalnym kraju nie jest łatwo wytrzymać cały dzień bez wody - dlatego też omdlenia stają się codziennością ...
dzisiaj się dowiedziałem że nawet kantyna w szkole będzie w tym czasie nie czynna ale jako że jestem specjalnym gościem szkoła zorganizowała dla mnie catering :) swoją drogą nie jest to łatwy czas do przetrwania ... większość restauracji do 17 jest zamknięta a jeśli ktoś decyduje się otworzyć to powinien zasłonić okna żeby przechodnie z ulicy nie musieli widzieć jak to chrześcijańscy 'grzesznicy' konsumują właśnie swój obiad ..
...za to nie mogę się doczekać na koniec Ramadanu ... 'Idul Fitri' czyli najważniejsze święto z okazji zakończenia postu - stoły się uginają od jedzenia ...

... tymczasem oddaję się lekturze mojej nowej książki 'Someone Else's Garden' Dipika Rai...




piątek, 13 lipca 2012

Spotkanie rodzinne


wczoraj wieczorem gdy zszedłem do salonu w którym zawsze jemy wspólnie kolację byłem pozytywnie zaskoczony... wszystko wyglądało inaczej niż zwykle....
Można powiedzieć że salon zamienił się w piknik. Ibu Atik powiedziała mi że dzisiaj mają 'spotkanie rodzinne' więc spodziewają się wielu gości ... tak najzwyczajniej żeby spotkać się z rodziną ... okazji przy tym jakiejś specjalnej nie było ...
Stół który stoi w salonie był naprawdę suto zastawiony... można było na nim znaleźć dosłownie wszystko łącznie ze słynnym indonezyjskim  'iwak peyek' - rybą którą chyba znają wszyscy dzięki piosence Trio Macan .... tak to mniej więcej wyglądało ...



co ciekawe goście nie zajmowali miejsca przy stole, zamiast tego siadali na dywanie który rozłożony był na podłodze... dowiedziałem się że to bardzo niegrzeczne jeśli siada się na krześle w momencie gdy wszyscy siedzą na podłodze... wszyscy powinni znajdować się na jednym 'poziomie' ...
tak więc jak wszyscy przyszli zająłem swoje miejsce na podłodze ...
spotkanie zaczęło się od ... rodzinnej gry .. na czym polegała? każdy gość po przyjściu wpłacił 100.000 Rp. (ok. 35zł) ... uzbierała się w związku z tym pokaźna sumka ... następnie odbyło się losowanie ... w pojemniku były karteczki z imionami wszystkich obecnych i ja miałem zaszczyt wybrać jedną... no i jak można się domyślić zwycięzca zgarniał wszystko - nie do końca wszystko - 10% sumy zostaje w rodzinnej 'skarpecie' ... w ciągu roku jak można się domyślić spotkań takich jest dużo więcej więc i w skarpecie się zbiera ... na co przeznacza się uzbierane pieniądze ? ... jak się dowiedziałem - cała rodzina się zbiera i robi wspólne zakupy spożywcze ... wszystkie zakupy oddaje się tym najuboższym na ulicy ...
można pomagać? można!

rozmowy w salonie na dywanie przy zielonej herbacie ... każdy uśmiechnięty ...bo tutaj nie rozmawia się o problemach ... wszyscy wiedzą że one były, są i zawsze będą ...
więc to czas żeby cieszyć się tym co jest dookoła - skupiać się na tym co się ma ...

dla mnie osobiście to lekcja żeby w końcu przestać skupiać na tym co 'chciałoby się' mieć..
co zresztą tak popularne stało się w naszym konsumpcyjnym świecie ...

w związku z tym że już mi wystarczy w Indonezji naszych polskich problemów ...
zarządzam komputerowy tydzień 'offline'
i poddaję się indonezyjskiemu 'semangat' (eng.spirit)  ...

'pozytywne nastawienie' czas zacząć !

czwartek, 12 lipca 2012

Semangat czyli indonezyjskie nastawienie ...

oooj! jak mi tu dobrze ... z daleka od tych naszych 'dziwnych' polskich problemów ...
Bo przecież czego do życia potrzeba ? Wielkiej willi z basenem, czy najnowszego Ferrari pod domem ? hmmm ...
przecież to wszystko zmienia ludzi ... zmienia ich podejście i nastawienie ...
dlaczego mieszkańcy krajów ubogich są jednymi z najbardziej gościnnych i życzliwych ? ...
w którym domu czujesz się bardziej komfortowo ? w tym w którym zasiądziesz przy stole na ręcznie rzeźbionym krześle za kilka tysięcy przy stole ze złotą zastawą? czy tam gdzie właściciel zasiądzie razem z Tobą na podłodze bo najzwyczajniej nie stać go na krzesło?
W Indonezji miałem okazję spróbować wszystkiego ... czasami przy stole musiałem się stosować do szeroko pojmowanych zasad savoir-vivre'u - uważać żeby przypadkiem czegoś nie upuścić ... czy żeby na ustach nie pozostał przypadkiem kawałek jedzenia ...
jadłem też przy stole gdzie każdy jadł rękoma i nie zwracało się uwagi na szczegóły .. bez tej całej udawanej sztuczności ...
bo po co narzucać sobie jakieś sztuczne reguły ... przecież wszyscy jesteśmy ludźmi ...
ale fakt jest faktem ... każdy człowiek im więcej ma tym bardziej chce pokazać jak bardzo 'lepszy' jest od drugiego ...

dlatego pokochałem to miejsce bo tutaj niczego nie robi się 'nad wyraz' ....


sobota, 7 lipca 2012

Plantacja kawy w Banaran

... czy to miejsce kiedyś przestanie mnie zaskakiwać ... ?
więc dzisiaj odwiedziliśmy Banaran, niesamowite miejsce. 400 hektarów wypełnionych po brzegi krzewami kawowca. Gdziekolwiek spojrzysz zobaczysz dojrzewające w słońcu ziarna kawy ... dla człowieka który zwykł widzieć kawę jedynie na dnie filiżanki czy kubka to naprawdę coś niesamowitego ...



 no i fakt że plantacja położona jest na zboczach góry ... na tle plantacji największy wulkan w centralnej Jawie - Merapi - potężny majestat którego wierzchołek zatopiony jest w chmurach a z krateru wydobywa się pył wulkaniczny ... w dolinie wulkanu wszystkie pola ryżowe które kipią zielenią i są zatopione w wodzie ... wooow to wszystko razem wzięte robi ogromne wrażenie ...
... w sumie pierwszy raz w życiu miałem też okazję przyjrzeć się kakao jeszcze jak znajduje się na drzewie ... Owoc kakaowca jest naprawdę duży i co ciekawe nie rośnie wśród liści tego drzewa a na jego pniu ... wygląda to dość ciekawie ...
zaraz obok plantacji kakao, można było zobaczyć jak to z drzewa po nacięciu jego kory wydobywa się mleczko kauczukowe ...
ponadto dowiedziałem się że 1 kilogram ziaren kawowca, nie poddanych jeszcze suszeniu i prażeniu, tylko po prostu zerwanych z drzewa kosztuje jedynie 400Rp [ ok. 15gr ] ...
w Banaran miałem też okazję zobaczyć tropikalne owoce jeszcze na drzewach ... np. Guava (Jambu), Star Fruit (Carambola), Snake Fruit (Salak) czy Papaya. Różnorodność owoców w tym kraju zdumiewa - chociażby odmian banana nie idzie zliczyć .... swoją drogą - pisang goreng [pl. smażony banan] - to porostu niebo w gębie ...
także wizyta na w Banaran była naprawdę udana... kawa zakupiona - także nie będzie łatwo zasnąć przez następny tydzień ...

Na tym dzisiejsza historia się jeszcze nie kończy... Ibu Hani i Ibu Atik [ Ibu = pl. Pani ] zaproponowały na dzisiaj dość nietypowy obiad ... w sumie miałem już okazję spróbować wiele rzeczy więc powątpiewałem czy mogą mnie jeszcze czymś zaskoczyć ... no bo jak się na śniadanie je krowi mózg smażony w jajku to hmmm ... ale jak się okazuje - mogą ! ...
Dzisiejsza kolacja była ... jak by to powiedzieć ... Osobliwa ...
Miałem okazję uraczyć moje podniebienie smażonymi ... żabami ! a sumie były to dwa rodzaje ... Na jednym talerzu żaby były wysmażone w mące i w jajku a na dwóch pozostałych po prostu ugotowane na czosnkowym wywarze ... nie były w żaden sposób pokrojone ... prosto z pola złapane trafiają na patelnię a później do żołądka ...



Jakie wrażenia? ... Pyszne! Bardzo delikatne białe mięso które smakuje trochę jak mięso z kraba... Jeśli będę miał okazję z pewności skuszę się ponownie..
tymczasem wczoraj miałem okazję spróbować gotowane kupry drobiowe ... no coś przepysznego ... dlaczego my europejczycy wyrzucamy to wszystko do śmieci ! ... dlatego też, jako że jestem już zaopatrzony w kulinarny podręcznik, będę wprowadzał te przepisy w życie, zaraz po powrocie ...
ktoś chętny na drobiowe kupry albo krowi mózg ? ...
jeśli nie to i tak będę potrzebował pomocy przy polowaniu na żaby;)




piątek, 6 lipca 2012

Kuchnia Jawajska

Właśnie sobie uświadomiłem jak szybko leci mi tutaj czas ... wydawałoby się że ostatniego posta dodałem wczoraj a to już pięć dni ... no i co by nie było spędzone w pracy ... najważniejsze że w pracy która daje zadowolenie i radochę...
jak zawsze napiszę dzisiaj parę słów o Indonezji ... może dzisiaj trochę więcej od strony kuchni ....
Na początek zaspokoję potrzeby ciekawskich ... NIE, nie tęsknie za polską kuchnią ... jedyne na co dał bym się skusić to nadmorska golonka w piwie ... nic poza tym ...
dlaczego ? kuchnia indonezyjska nie ma sobie równych. myślę że smakową różnorodność można spotkać w każdym azjatyckim kraju. Tajlandia ma swoje PadThai, Wietnam przepyszne Nem [polskie 'sajgonki' których w gruncie rzeczy w Sajgonie nie spotkasz bo są tradycyjną potrawą stolicy tego kraju - Hanoi ], 
Filipiny, kare-kare i adobo, Kambodża słynie z prażonych karaluchów, pająków czy larw a Singapur z krabów robionych na różne sposoby. A Indonezja?...
Co ciekawe każdy region - każde miasto i każda wieś - ma swoją lokalną potrawę. Nie idzie spamiętać ich wszystkich ... jedno mogę zagwarantować - wszystko jest przepyszne ...
I tak na przykład ... moja ulubiona potrawa z Solo to Nasi Liwet... jest to gotowany ryż serwowany z całym wachlarzem drobiowych wnętrzności  - od żołądków aż po serca, skąpanych w przepysznym wywarze ...
Nasi Gudeg to z kolei tradycyjna potrawa pochodząca z Yogyakarty  - też gotowany ryż z dodatkiem, tym razem krowich wnętrzności - od mózgu przez ozory aż po jelita...
Gado-Gado to danie pochodzące z Bali a dokładnie warzywa - często gotowane na parze - z jajkiem zalane sosem orzechowym ... sos który rozpieszcza podniebienie ... [ swoją drogą jestem już zaopatrzony w książkę z indonezyjskimi przepisami więc można będzie coś pokuchcić też po powrocie ] 
Longtong Tahu Gimbal pochodzi z Semarang ... kawałki smażonego tofu [ wiem że pierwsza myśl na temat tofu to - tofu jest niedobre i bez smaku, ale nie w Indonezji. tutaj występuje kilkadziesiąt jak nie kilkaset rodzajów tofu które po przyrządzeniu smakują wybornie ] podawane z kiełkami, gotowanymi warzywami zalane sosem orzechowym ... W sumie sos orzechowy to coś czemu osobiście nie mogę się oprzeć ...
Kolejnym specjałem którego nazwę z pewnością poznacie podczas pierwszego obiadu w Indonezji to 'sambal' czyli upraszczając porostu miazga z chili. więc tak jak gorące jest powietrze tutaj tak 'gorący' będzie też obiad na Twoim talerzu ... a w sumie częściej nie na talerzu a na liściu bananowca ....
Z 'sambal' trzeba uważać. ja bym to przyrównał do skondensowanego 'tabasco' ... po dwóch wizytach w 'Special Sambal Restaurant' wylądowałem u lekarza z powodu dolegliwości żołądkowych a moje kubki smakowe nie rejestrowały żadnych smaków przez koło 2 dni ...
kolejna rzecz której nazwę trzeba w Indonezji znać to 'krupuk' czyli coś w stylu czipsów krabowych. na każdym stole w 'warung' [ pl. knajpa z żarciem - celowo nie piszę restauracja bo na to jest inne określenie ] znajdziecie już gotowy 'krupuk' który bardzo dobrze komponuje się z ryżem...
do picia tradycyjnie 'es teh' czyli herbata z lodem ... zimnego piwa tutaj na pewno nie znajdziecie ...

kuchnia tego kraju to ... nie kończąca się historia ... więc może następnym razem napiszę coś więcej .. tymczasem trzeba się kłaść bo jutro czeka mnie od rana wyprawa na plantacje kawy i herbaty w Banaran ...
relacja z ekspedycji może jutro .. jak jeszcze będę miał siły...



poniedziałek, 2 lipca 2012

Kopi Luwak czyli indonezyjski specjał ...

no niech mnie... ale aż się prosi żeby coś opostować ...
Zmęczony jak nie wiem co ... ale jaki zadowolony ...! Siedzę sobie właśnie w salonie, zjadłem bardzo dobry obiadek .. oczywiście siłą składową każdego obiadu w Indonezji jest ryż ... co ciekawe dzień zaczyna się od śniadania ... często jest to ryż... sposobów na przygotowanie ryżu nie muszę wymieniać dlatego że zajęło by mi to przynajmniej 2 tygodnie ... później obfity lunch który rozmiarami i zawartości przypomina polski obiad a na koniec dinner który jest odpowiednikiem polskiego obiadu ... nie ma tutaj typowej kolacji ... Istnieje za to cała masa snack'ów które można znaleźć wszędzie ...
no ale wracając co sedna ... od 7 do 17 w szkole ... lekcje praktycznie bez przerwy ... ale jaka satysfakcja ... jak wracaliśmy ze szkoły kolor nieba niesamowity ... na Jawie słońce cały rok zachodzi w granicach godziny 18 ... widok tych kolorów nawet najbardziej zmęczonego człowieka postawi na nogi ...

... ale jest coś bardziej orzeźwiającego ... tak jak napisałem właśnie siedzę sobie w salonie i odpijam filiżankę prawdziwiej Indonezyjskiej Kopi Luwak ....



co to takiego chyba nie muszę tłumaczyć ...
urocze zwierze o nazwie Łaskun - przypominające łasicę -który to chętnie zjada owoce kawowca, ale nie trawi jego nasion, a jedynie miąższ. Po nadtrawieniu przez enzymy trawienne i lekkim sfermentowaniu przez bakterie produkujące kwas mlekowy ziarna przechodzą przez przewód pokarmowy i są wydalane ... i tak oto powstaje ta jedyna w swoim rodzaju kawa ... 1 kg tego rodzaju kawy kosztuje około 4500 złotych ...
... jako że kawa ta pochodzi z Indonezji - głownie z Jawy, Sulawesi i Sumatry jest ona tutaj tańsza... oczywiście mnie nie byłoby stać na takie rarytasy ale rodzina która mnie obecnie gości uraczyła mnie tym smakołykiem ... to już druga filiżanka kopi luwak w Indonezji i muszę przyznać że smakuje wybornie ... skąd pewność że jest to prawdziwa kawa?... kupiona jest prosto od właściciela hodowli Łaskun ... w sobotę zresztą jadę odwiedzić to miejsce i skosztować filiżankę na miejscu  ...

no i jak tu nie kochać tego miejsca ... każdy dzień wita pięknym słońcem ... kończy się zapierającym zachodem i nawet jeśli praca Cie zmęczy możesz napić prawdziwej kawy której aromat czuć niemalże w całym domu ...
no nic ... oddaje się tej przyjemności do końca ...

niedziela, 1 lipca 2012

Semangat czyli indonezyjskie nastawienie ...

Przyszła pora na kolejne wieści z dalekiej Jawajskiej Ziemi ...
Zauważyłem że każdego dnia jak podnoszę się z łóżka - nie ważne czy o 7 rano czy o 12 w południe - w Indonezji mam jakieś nadprzyrodzone siły witalne ... W Polsce każdego dnia wstać z łóżka to istny koszmar. Tutaj myślę że motorem napędowym do działania jest fakt że nawet droga do pracy każdego dnia jest przygodą ... Widoki dookoła ... Ruch uliczny ... Ludzie na ulicy ... Wszystko co widzę dookoła jest niesamowite.
Jak ludzie tutaj to robią że nigdy uśmiech nie znika z ich twarzy? Nikt tutaj nie zna życia kojarzącego się z dobrobytem i luksusem. Owszem ... wszyscy mają tutaj służące czy kierowców ... ale nie powiedział bym że to indonezyjski objaw luksusu. To raczej chęć pomagania innym. No bo gdzie ma się podziać kobieta która urodziła się gdzieś na wsi, nie ma żadnej szkoły, często nawet nie potrafi pisać ... praca służącej u kogoś w domu to często jedyne wyjście... jest skromne miejsce do spania, nigdy nie brakuje niczego do jedzenia ... praca sama w sobie też nie jest ciężka. Na początku byłem tym faktem zmieszany  - 'zachodnie' rozumowanie podpowiadało że to zwyczajne wykorzystywanie ludzi ... ale z czasem zrozumiałem że to raczej forma pomocy....
I w sumie to jest zaleta tego kraju... Kolektywizm ? tak ... chyba tak to można nazwać. Za to białego człowieka - Indywidualistę - nawet tutaj można rozpoznać na kilometr ... koszulka LaCoste, trampki Converse i jeansy Levis'a o łącznej cenie 300euro aaaa no i nie zapominajmy o magicznym 'aj' gadżecie ... i do tego pięknie wkomponowana twarz pozbawiona uśmiechu i oczy wtopione w 'aj' ekran ...

hmmm tak sobie myślę jakie to tutaj bezużyteczne... Prawdziwy Jawajczyk bierze ze sobą każdego dnia parę monet i kilka banknotów bo przecież na ulicy mieszkają ludzie którym trzeba pomóc ... póki jest taka potrzeba żeby komuś pomóc odłoży wszelkie zakupy 'na później' ...
ojjj jak wiele możemy się od tych ludzi nauczyć ...
a życie tutaj naprawdę nie jest łatwe ...
bo jak żyć za 200zł miesięcznie ..
i to 200zł przy dobrych wiatrach ...
... te nasze europejskie marzenia ... 'bo lodówka musi być z kostkarką' 'telewizor tylko Full HD' no i 'aj gadżet bo przecież przez coś trzeba łączyć się z internetem' ...
tutaj nawet nie mówię głośno ile średnio się zarabia w Europie bo chyba spalił bym się ze wstydu ...

myślę sobie że gdybym miał taką możliwość osiedlić się w Indonezji na dłużej nie zastanawiał bym się nawet chwili ... oczywiście ciężko przeskoczyć biurokratyczny i skorumpowany świat, tak bardzo zresztą zamerykanizowany i skumulowany Jakarcie ... wizy, podania, papierki ...
tutaj nawet jak wstaniesz i nachodzą Cie jakieś złe myśli to po wyjściu na ulicę szybko się rozproszą ...

aaaah mówią że wszędzie dobrze gdzie Cie nie ma   ... a ja powoli zaczynam wątpić w zasadność tej teorii ... bo mi obecnie jest najlepiej tu gdzie jestem ...